Dwa burgery, dwie porcje frytek, dwie cole. Tak wygląda wtorkowe popołudnie w In-N-Out. Na paragonie: prawie 23 dolary, czyli jakieś dziewięćdziesiąt złotych.

I to jest pierwsza rzecz, którą trzeba powiedzieć głośno, zanim zaczniemy się śmiać ze zdjęć kubków wielkości wiadra: amerykański fast food dawno przestał być tani. Więc chcemy sprawdzić o co naprawdę chodzi. 

Skala, czyli kubek wielkości wiadra

Zacznijmy od rzeczy, którą widać na pierwszy rzut oka. Amerykańskie „small" to polskie „duże", a „large" to już obiekt, który trzeba trzymać dwiema rękami. Skala problemu dawno uciekła logice.

Dlaczego tak jest? Bo napoje w fast foodzie są praktycznie za darmo!

W większości sieciówek działa system free refills - płaci się raz, a potem można dolewać ile się chce, więc taniej jest od razu dać klientowi większy kubek, niż zmuszać go do kolejnych kursów przez zatłoczoną salę.

Efekt uboczny: nikt właściwie nie ma pojęcia, ile kalorii wypił.

kubek wiking

Jak to wygląda w liczbach? Łatwo sprawdzić, bo w lokalach są wywieszone tablice kalorii: mega kubek coca-coli - 520 kcal, piwo korzenne - 580 kcal, a różowa lemoniada, również podana w wielkim kubku, to prawie 600 kcal.

Aż tyle w samym napoju!

Smutne oblicze tego problemu jest takie, że nikomu nie chce się czytać informacji wywieszonych w widocznym miejscu, dopóki jest tanio lub za „free”. 

taco bell napoje

Cena, która nie jest ostateczna

Ale ile to właściwie kosztuje? Na tablicy informacyjnej zobaczymy ceny produktów, ale na paragonie będzie już zupełnie inaczej. Kluczowa jest tutaj linijka z podatkiem - w tym przypadku 9,50%* - czyli dwa dolary więcej. Wiele osób powie, że to mało, ale to przecież 8 zł doliczane do każdego posiłku w fast foodzie.

W ciągu dnia potrafi się zebrać kwota, za którą można kupić dobry obiad w restauracji.

*Podatek od sprzedaży ustalają stany, hrabstwa i miasta, więc ta sama kanapka kosztuje inaczej po dwóch stronach granicy stanu. Amerykanin ma to w głowie i automatycznie dolicza sobie „jakieś dziesięć procent".

Dodatkowo pojawia się inny drobiazg - zestawów nie da się zamówić bez napoju. Jedzenie w cenie promocyjnej sprzedaje się wyłącznie w komplecie i ten sam mechanizm zobaczymy potem w sklepie, tylko w dużo ostrzejszej wersji.

in n out

Zestaw za pięć dolarów

Dziś w amerykańskim fast foodzie najbardziej uderza jedno: to wcale nie jest już tanie jedzenie.

Ceny poszły w górę do tego stopnia, że giganci branży musieli ratować się wprowadzaniem tak zwanych value meals  - zestawów za około pięć dolarów, czyli ok. dwadzieścia złotych. To nie żaden okazjonalny rabat, ale stała pozycja wprowadzona po to, by zatrzymać klientów uciekających przed znikającymi z portfela sumami.

To właśnie przy tych najtańszych zestawach najlepiej widać, kto dziś naprawdę żywi się w amerykańskich sieciówkach. Przy stolikach siedzą głównie seniorzy - często samotni, dla których restauracja jest już po prostu zbyt droga, a budżetowy zestaw pozwala zjeść ciepły posiłek bez czyszczenia konta. Drugą stałą grupą są weterani i byli żołnierze: łącząc tanie zestawy z dodatkową zniżką za służbę, dostają tu najtańszy możliwy obiad.

Ten „ratunkowy” zestaw za piętkę potwierdza regułę - wprowadza się go dokładnie wtedy, gdy reszta karty staje się dla przeciętnego człowieka po prostu za droga.

mcdonalds

Skąd się to wszystko bierze?

Skoro fast food wychodzi tutaj drogo, to logiczna odpowiedź brzmi: gotujcie w domu. Tylko że gotowanie w domu zaczyna się w sklepie - ale amerykański sklep wygląda inaczej, niż się spodziewacie.

Na każdej etykiecie półkowej, obok ceny, widnieje drobnym drukiem cena za uncję, czyli za niecałe trzydzieści gramów. To obowiązek, nie uprzejmość sieci, ale takie działanie uczy Amerykanina, że trzeba kupować duże, bo niemal zawsze się opłaca. Stąd właśnie bierze się cała estetyka amerykańskiego sklepu, gdzie dominują pakiety - Party Size, Family Size, zgrzewki po dwadzieścia cztery butelki lub puszki. Na opakowaniu budyniu głównym argumentem sprzedażowym nie jest smak, tylko wielkie „SUPER SIZE", bo można dostać aż 60% więcej.

zakupy pudingi owoce

Efekt tej filozofii widać najlepiej, kiedy staniecie na początku alejki z przekąskami. Chipsy po lewej i po prawej, od podłogi po sufit, w torbach wielkości poduszki, a alejka się nigdy nie kończy. 

walmart chipsy

Kolejny mechanizm to znana z Polski cena dla klubowiczów - ten chwyt marketingowy dopracowano właśnie w USA. Produkty mają dwie ceny: oficjalną i tę dla posiadaczy karty lub aplikacji.

Egzotyką jest jednak skala, bo trudno znaleźć produkt, który nie byłby objęty jakąś promocją. Bez aplikacji jesteście po prostu klientem, który dopłaca do pozostałych.

Przetworzone koszmary, które muszą jeść

A teraz sklep, który zmienia ten tekst z zabawnego w niewesoły. Dollar General to sieć tanich sklepów bez odpowiednika w Polsce. Na półkach znajdziemy mnóstwo produktów spożywczych, ale wszystkie są przetworzone - nie ma ani jednego świeżego. Za to wszystko jest „z prawdziwych składników" - jak tu nie kupić?

zakupy ciasteczka

Ciekawostką jest to, że wbrew pozorom duży sklep z warzywami nie stoi w Ameryce na każdym rogu. To mit. W całych Stanach są miejsca zwane food deserts, czyli pustynie żywnościowe, gdzie praktycznie nie da się kupić świeżej żywności, ale przetworzoną - już tak. Bo najbliższy porządny sklep może być o dwadzieścia minut jazdy samochodem, a wbrew mitom z telewizji, nie każdy ma samochód. Więc dla milionów ludzi to nie wybór, tylko jedyny dostępny asortyment.

zakupy pudingi owoce

Apteka, w której kupisz papierosy

Problem najlepiej obrazuje apteka, bo w okolicy nie było żadnego sklepu spożywczego. Właśnie w niej można było zrobić zakupy.

walgreens leki

Co widzimy w środku? Przekąski - chipsy, batony, napoje, mrożonki, a do tego ibuprofen w opakowaniach liczących nawet po kilkaset sztuk. Wszędzie żółte metki z promocjami: kup jedno, drugie o połowę taniej. 

Na regale obok kompletne zaskoczenie - cała ściana nikotynowej oferty, a tuż przy niej ostrzeżenie wymagane kalifornijskim prawem, że spożywanie alkoholu zwiększa ryzyko zachorowania na raka - bo tak, alkohol też tu jest.

walgreens

Co Ameryka robi z cudzą kuchnią

Zaglądamy na dział mrożonek w Walmarcie, gdzie między pieczywem bezglutenowym a pesto pojawiają się pierogi - niebieskie pudełko za 5 dolarów. Skąd to się tu wzięło?

Na przełomie XIX i XX wieku do Pensylwanii przybyli polscy i słowaccy górnicy, którzy przywieźli ze sobą między innymi pierogi. W 1952 roku powstała marka „Pierogi pani T.", którą założył Ted Twardzik, a nazwał ją na cześć swojej matki, Mary. Polskie nazwisko, polskie danie. Po siedmiu dekadach zostały sprowadzone do mrożonego półksiężyca z serem.

walmart

Dokładnie to samo przydarzyło się kuchni meksykańskiej.

Koniecznie chcieliśmy odwiedzić Taco Bell, bo u nas tego nie ma, a byliśmy ciekawi meksykańskiego fast foodu na amerykańskiej ziemi. Zamawiamy meksykańską pizzę. W środku dwie tortille, między nimi fasola, na wierzchu tarty ser. Wygląda całkiem nieźle i tak samo smakuje, ale w meksykańskiej kuchni takie danie nie istnieje. Podobnie jak całe menu tej restauracji, w którym nie znajdziecie ani jednego dania z Meksyku.

taco bell menu

Ameryka bierze cudzą kuchnię, upraszcza ją do granic możliwości i skaluje tak, by dało się ją masowo produkować i przechowywać w zamrażarkach. 

taco bell

Będąc w Williams, postanowiliśmy dać kuchni meksykańskiej drugą szansę. Odwiedziliśmy niepozorną restaurację Nany’s Tacos, gdzie na stołach przywitały nas ceraty w kolorowe pasy. Na dzień dobry dostaliśmy nachosy do skubania, z ręcznie robioną salsą, z widocznymi kawałkami papryki.

Zamówiliśmy tacos na podwójnej kukurydzianej tortilli, a na koniec ogromne burrito, które wręcz rozsypywało się w rękach od nadmiaru mięsa. Do picia dostaliśmy tradycyjną oranżadę w szklanych butelkach, ale bez dolewki. Rachunek w porównaniu do Taco Bell wyszedł nieco niższy, a satysfakcja z obiadu była ogromna.

nanys tacos

Małe, tanie restauracje zwykle znajdują się w bocznej uliczce i z zewnątrz nie zachęcają do wejścia. Co innego fast foody stojące przy zjeździe z autostrady, które widać już z odległości kilometra.

Amerykański fast food nie wygrał dlatego, że jest tani. Nie wygrał też dlatego, że jest dobry. Wygrał wyłącznie dlatego, że jest wszędzie.

I to jest prawdziwa tajemnica amerykańskiego sukcesu.